Gold and silver line my heart
but burned into my brain are these stolen images
Kiedyś przeczytałam opinię jednej osoby, że nie ma kogoś takiego jak The One. Nie ma jednej, przeznaczonej nam osoby, która jest naszym dopełnieniem, która była nam zapisana jeszcze przed naszym urodzeniem i do której prowadziły wszystkie nasze działania. Nie zgadzałam się z tym wtedy, bo jak to, przecież musi być. Musi być ta jedna, jedyna osoba.
Potem chyba trochę dorosłam i zauważyłam, że rzeczywiście nie ma tej jednej. Nawet jeśli byśmy spotkali najlepszą osobę świata, osobę która miałaby szansę stać się naszym przyjacielem od serca i do końca życia, to jeżeli my nie wybierzemy, że chcemy coś zrobić, nic się nie stanie. Właśnie ten wybór jest tutaj kluczowy! Wybieramy, co zrobimy, kiedy, gdzie, z kim. Oczywiście nie na wszystko mamy wpływ, ale reakcja na daną sytuację też jest naszym wyborem.
I tak, pewnie jest kilkanaście, kilkadziesiąt, a może nawet i kilkaset osób, z którymi można się zaprzyjaźnić, ułożyć sobie wspólne życie albo stworzyć jeszcze inną relację. To, z kim jesteśmy, to raczej nasz wybór, a nie zbieg okoliczności, które do tego doprowadziły, a z którym my nie mamy nic wspólnego. Jesteśmy z tymi, których wybraliśmy. Mogliśmy wybrać inaczej - nie znaczy to, że od razu lepiej albo gorzej. Inaczej. Może też byłoby dobrze, tylko w inny sposób. Ale wybraliśmy tak, i trzeba się tego trzymać, bo wybór niesie za sobą konsekwencje, od których odpowiedzialni ludzie nie uciekają. Może nawet nie chcemy uciekać? Może jest dobrze. Ale mogliśmy wybrać inaczej.
Może dorosłość jest właśnie świadomością, że mamy wybór? I że wybory chodzą w parze z odpowiedzialnością.
Tak, to brzmi całkiem dorosło.
Can you picture it, that life we could have lived
Tak się jakoś składa, że TEN wybór, o jakim właśnie tu piszesz, jest tym, nad którym się chyba najwięcej w życiu zastanawiałam. Że bajki kłamią i że nie ma The One uznałam bardzo wcześnie, ale jako umysł boleśnie ścisły przez długi czas postrzegałam problem jako problem wyboru najlepszego elementu z grupy. No bo skąd wiem, że mój wybór jest wystarczająco dobry? Że gdybym poczekała miesiąc, dwa, trzy, to nie trafił by mi się ktoś lepszy? Przecież życie to nieustanne poznawanie ludzi. Dopóki nie wybrałam, jestem trochę jak na targu warzyw, wszystko mogę obejrzeć, ocenić, wybrać, albo poczekać i przyjść jutro, wszak sezon w pełni.
OdpowiedzUsuńA potem, na całe szczęście, zaczęłam powoli odmatematyczniać ten problem. No dobra, żartuję. Dalej jest matematycznie. Otóż: stawiam siebie w tym problemie jako wybierającą. Czyli, według sobie tylko znanych kryteriów, wybieram osobę i oceniam jej wartość. Jest tylko jedno 'ale': kryteria się zmieniają. I to zmieniają na potęgę. Jak przypominam sobie siebie w gimnazjum i mój ideał mężczyzny, to nie wiem, czy się śmiać, czy płakać. Tak więc: może się zdarzyć sytuacja, że wybiorę osobę, a potem kryteria się zmienią i ta osoba okaże się gorsza, niż na początku. A potem lepsza. A potem znowu gorsza. A potem znowu lepsza....
Noo doobra, wyłania się z tego dość koszmarny obraz: wybieram, jak na loterii, a potem, skoro podjęłam już decyzję, to tak zostaje, a ja nie mam pojęcia, jak się z tym będę czuła. I teraz, żeby jakoś z tego wybrnąć, pora na faktyczne odmatematycznienie. Otóż ja, wbrew oglądanemu przez lata House'owi, wierzę, że ludzie się zmieniają. Ba, ja wiem, że ludzie się zmieniają - bo sama zmieniam się na potęgę. I zmieniam się głównie przez ludzi, którzy mnie otaczają. A w szczególności przez ludzi, których kocham. I to jest fajne. Zmienianie się jest super. To jest tak, że budzę się jakaś, a idę spać bogatsza o nowe doświadczenia, nowy punkt widzenia, który zrozumiałam, nowy, nieznany dla mnie sposób robienia czegoś. Wyrażania emocji, gotowania obiadu, albo otwierania ostatnio zamkniętej karty.
I wydaje mi się, że TEN wybór powinien spełniać tylko jedno, prościutkie kryterium. Mam taki głupiutki plik na pulpicie, nazywa się mysl-dnia.txt i jest tam takie cudeńko:
"22.12.2012: W miłości nie wierzę w coś takiego, jak bycie komuś przeznaczonym, w dwie połówki jabłka, w to, że całe życie czekamy na tę jedną jedyną osobę, z którą możemy być szczęśliwi. Miałam za to moment wiary w to, że w sumie są całe grupy społeczne, z którymi dana osoba mogłaby stworzyć funkcjonujący związek. A dzisiaj dotarło do mnie wg. jakiego zaskakująco prostego klucza powinniśmy się dobierać w pary - bądźmy z tym, z kim razem możemy stanowić znacznie więcej, niż suma nas osobno."
Czyli - jeśli przeczymy matematyce, to jesteśmy dobrą parą. Jeśli ON ma w sobie coś, co Cię fascynuje, jeśli chcesz się czegoś nauczyć od niego, jeśli wiesz, że są rzeczy, na które sama się nie zdobędziesz, ale z jego pomocą i motywacją to zrobicie - to nie musisz szukać dalej. Z drugiej strony, jeśli widzisz, że on już nie zalewa makaronu zimną wodą, bo wie od Ciebie, że lepszy jest, jak go wrzucisz do gotującej i że kradnie Ci książki z półki, bo wie, że te akurat uwielbiasz - to zatrzymaj się, bo znalazłaś, czego szukałaś.
A najlepsze jest to, że ja wiem, że Ty to wszystko wiesz, Nat. Tylko może innymi słowami i na pewno z mniejszą ilością matematyki. <3
I przepraszam, że piszę swojego podbloga na Twoim blogu. Ale poruszasz takie ciekawe tematy, takie bliskie mojemu serduszku! I dlatego, choćbyś pisała raz na pół roku, tak jak teraz, to nadal będziesz w pierwszej dziesiątce otwieranych stron.
OdpowiedzUsuń