Ostatnio kilka razy (znaczy dwa) natknęłam się w czeluściach internetu na teksty o lubieniu siebie, a o tym temacie sama trochę myślałam. To w ogóle taki ciężki, a jednocześnie dosyć banalny temat, bo przecież z każdej strony słuchamy o samoakceptacji, o tym jak to media kłamią jeśli chodzi o kanon piękna i wcale nie musisz mieć takich nóg jak ona (a jeśli chcesz, to zobacz, mamy promocję na karnet na siłownię). Banalny, a może po prostu... prosty. Nieskomplikowany. Lubienie siebie powinno być aksjomatem - tak jest i już. Nad czym tu się zastanawiać?
I muszę przyznać, że trochę śmieszą mnie zdania w stylu "lubię moje biodra" albo "całkiem podobają mi się moje włosy przez większość czasu", które niby mają przeciwdziałać temu powszechnemu krytykowaniu swojego wyglądu, ale jakoś nie wydają się zbyt przekonujące. Czy to naprawdę jedyne co możesz dobrego o sobie powiedzieć? Że lubisz swoje biodra? A co z resztą?
To w ogóle strasznie smutne, że sprowadzamy lubienie siebie do takich estetycznych aspektów - a wydaje mi się, że to robimy. "Lubię kształt moich paznokci", "kolor moich włosów jest w porządku", to wszystko jest tylko o wyglądzie. A ciało umie tyle super rzeczy! Ciało ma mnóstwo funkcji i powiedziałabym, że wyglądanie to akurat jedna z mniej ważnych.
Takie dłonie, na przykład. Potrafią chwytać tyle rzeczy. Pomagają nosić zakupy, złapać się poręczy w tramwaju albo trzymać dłoń ukochanej osoby. Ręce mogą zrobić MILION rzeczy, a my mówimy "noo... moje palce trochę wyglądają jak parówki ale paznokcie nie są najgorsze". To dopiero niewdzięczność, co?
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz