Niewygodny iPad czy okazjonalnie pożyczany laptop nie zastąpią mojego komputera, stąd brak chęci (bo możliwości - na upartego - by się znalazły) na pisanie czegokolwiek przez ostatnich kilka tygodni. Dzisiaj mija dokładnie 21 dni, odkąd laptop odmówił współpracy. Czasami jestem informowana o tym, co u niego, ale nie oszukujmy się, nic nie obchodzi mnie w tej sprawie bardziej niż "jest gotowy do odbioru". Kiedy to nastąpi? Tego nawet te góry, co potem w nich górale zamieszkali, nie wiedzą.
Chyba sama dla siebie byłam prorokiem stwierdzając kilka tygodni temu, że będzie jeszcze gorzej. Jeszcze bardziej nie chce mi się wstawać z łóżka i, naprawdę, gdyby nie sprawdzanie obecności na zajęciach, to bym nic nie robiła. Mam resztki poczucia odpowiedzialności. Objawiają się coraz rzadziej i w coraz mniejszym nasileniu, ale nadal są. Zastanawiam się, czy ten stan kiedykolwiek ulegnie zmianie. Sama nie wiem, co mogłoby sprawić, że będzie mi się chciało cokolwiek.
A może to dlatego, że nie mogę oglądać seriali? Glee i tak nie ruszałam od kilku tygodni, ale ta piosenka sama wpadła i wypaść już nie chce. Czy nadrobię te ostatnie odcinki - nie wiem, bo w kolejce dużo innych, mniej poskręcanych w paskudny sposób seriali. Może trzeba było zakończyć na trzecim sezonie.
W zeszłym roku połowa listopada i początek grudnia oznaczały falę midtermów, z absolutnie wszystkiego i zazwyczaj naraz. A w tym? Zaledwie dwa, w rozsądnych odstępach czasowych... To mnie chyba rozleniwia. Już nawet nie próbuję jeździć na wykłady.
Moje podejście zaczyna mnie przerażać. Potem przypominam sobie, że i tak mnie to nie obchodzi.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz