Czasem czuję się taka... stracona dla świata, jakkolwiek dramatycznie to brzmi. Zupełnie niepotrzebnie ten dramatyzm, muszę dodać, bo w rzeczywistości ta myśl ani nie grzeje, ani nie ziębi. Ot, jest. Brzmi całkiem prawdziwie. I właściwie to chodzi o to, że nic nie grzeje ani nie ziębi. Wszystko jest tak samo nijakie. Prawda, zdarza mi się czasem panikować, że nigdy nie napiszę tej pracy magisterskiej i co ja sobie myślałam biorąc taki temat... czasem się denerwuję ale to w jakichś bardzo naładowanych emocjonalnie sytuacjach. Poza tym? Nic.
To nie tak, że nie próbuję. Patrzę na te ukochane mirabelki, które tracą kwiaty na rzecz liści i nic. Przeglądam Tumblra i widzę milion zdjęć miejsc, o których wcześniej powiedziałabym "o matko jak super ja chcę tam teraz" i nic. Ja naprawdę chcę się tym cieszyć. Chcę myśleć o tym, że kiedyś zobaczę Yosemite na własne oczy, to niebo pełne gwiazd, tę ukochaną osobę obok, że to wszystko na mnie czeka. Ale te myśli są jak słaby płomyk, który widzę gdzieś tam za trzema ścianami i barykadą, które pojawiły się w mojej głowie nie wiadomo skąd i nie wiadomo kiedy. Chcę inaczej, chcę wszystko inaczej! Brakuje mi radości z tych małych rzeczy z codzienności, czy z tych dużych rzeczy, z jakichkolwiek. Jakichkolwiek!
Jak gdyby wszystko przydarzało się nie mnie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz