W środę miałam swoje ostatnie zajęcia w instytucie. Strasznie to dziwne, bo nawet ten blog pamięta początki mojego studiowania... a teraz tak nagle koniec. I tak sobie myślę, że tak to jest ze zmianami - najczęściej nie robią wielkiego BANG!, nie przychodzą nagle i znienacka i nie wiadomo co robić (poza przypadkami kiedy przychodzą znienacka, a i tak nie wiadomo co robić). Skończyłam o 13:25 zajęcia i dopiero kilka godzin później pomyślałam, że to przecież ostatnie. I już nie będę tam siedzieć w ławce od października, a to przecież pięć moich lat!
Poza tym niewiele się dzieje. Staram się dokończyć pracę, zostały jeszcze dwie duże rzeczy, ale chyba jeden dzień na to wystarczy. Może dwa. Akurat sobota i niedziela - przecież i tak nigdzie się nie wybieram, to mogę pisać. Tak jak wczoraj. Przez większość dnia nawet się nie przebrałam z piżamy, bo i po co?
Wszystko jest takie... meh. Nijakie.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz