Czekając wczoraj na pociąg, który miał mnie zawieźć aż do Marysina Wawerskiego, trzymając torbę z zakupami poczułam się jak młoda mężatka. Wstać rano, zrobić śniadanie dla siebie i towarzysza życiowego, niespiesznie zebrać się i pójść na zakupy, wrócić, może gdzieś posprzątać, zrobić obiad... i tak dzień w dzień. Jeżeli to byłby mój scenariusz na przyszłość, potrzebowałabym dużo książek kucharskich i blogów, żeby każdego dnia robić coś innego.
Mam nieodparte wrażenie, że czeka mnie coś podobnego.
A teraz patrzę na padający deszcz i myślę o tym, jak bardzo brakuje mi roweru. Przyzwyczaił mnie, skubany, a pogoda jak na złość nie pomaga. Zresztą, ostatnio z pogodą nie najlepiej się dogadujemy. Trochę nie mogę jej wybaczyć tego, że nie sprawdzana przez dwa dni, wykręca takie numery jak tornado. Dwa dni!
Jeszcze trochę i w Polsce będą nie tylko łowcy burz, ale i tornad. Co, o ile wiem, byłoby - z braku lepszego określenia - trochę przyjemniejsze, bo tornada można przewidzieć. Kto jest w stanie określić, gdzie uderzy piorun?
Odłożę jednak gdzieś na bok łowców burz i zastanowię się, co zrobić dzisiaj na obiad.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz