czwartek, 23 sierpnia 2012

230.

Być może przesadzam, ale ciężko ostatnio spotkać kogoś... zwyczajnego. Bez wymyślnej fryzury, nie w stylowo za krótkiej bluzie, z rajstopami zakrytymi chociaż trochę, bez szortów z podwijanymi nogawkami, a do tego w trampkach i bluzce z nazwą zespołu, o którym słyszeli nieliczni. Martwi mnie ten trend, martwią mnie te dziewczęcia, które w głowie mają to, co założyć, a nie to, co robić w swoim życiu. A słownictwo, którego się używa...! Czuję się w tym momencie jak co najmniej purystka, ale jestem całkiem przekonana, że w języku polskim da się znaleźć więcej niż dwa przymiotniki.

To już nie tak, że ludzie wokół są dziwni i nie pasują. Ja nie pasuję! Prawie rozpaczliwie szukam dookoła resztek normalności - przeciętności - ale śladu brak. Wszędzie tylko białe t-shirty z nadrukiem "this is the white t-shirt" (bo przecież to wcale nie jest oczywiste), nienaganne wyżelowane fryzury i cały ten wizerunek, tak starannie kreowany na tak bardzo niestaranny. Szukam kogoś w jeansach, takich jak moje, takich... zwyczajnych. Granatowych. Bez przetarć. Bez wysokiego stanu/podwiniętych nogawek/wstawek z koronki/z hasłami wzywającymi do pokoju na świecie (takich akurat nie widziałam, ale pewnie wszystko przede mną).

Chyba jednak tęsknię za dniami, kiedy ubrania nie miały najmniejszego znaczenia. Mogłam chodzić w różowym dresie, w brązowych spodniach albo czerwonym fartuszku i nie obchodziło mnie to w ogóle. A teraz? Czuję się dziwnie, nosząc zwykłą bluzkę i jeansy, bo nikt obok mnie nie robi tego samego.  Od kiedy ubrania stały się jedyną formą wyrażania siebie? Dlaczego tyle osób stara się wyróżnić tym, jak wygląda, a nie tym, co robi?

Dziwne są te czasy. Bardzo, bardzo dziwne.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz