Do listy moich życiowych porażek dodaję "kakaowa herbata". Jakkolwiek entuzjastycznie to może brzmieć, rzeczywistość nie mogłaby być dalsza od prawdy (a moja kalka językowa dalsza od ideału).
Jest to historia jednego kubka. Kubki, jak wiadomo, służą do przechowywania herbaty, z małymi wyjątkami. Wyjątkiem tym jest kakao, które poprawia humor, zastępuje czekoladę i cieszy buzię. Niestety czasami coś pójdzie źle - choćby... przyjdzie N., która wypije kakao, zostawi kubek, nie umyje kubka, postanowi napić się herbaty, pomyśli "o, piłam herbatę w tym kubku", włoży herbatę, wsypie cukier i wleje wodę. A potem pomiesza, zauważy "hmm jakaś dziwnie mętna ta herbata" i weźmie łyk jednego z najgorszych napojów świata. Kakaowej herbaty.
Weekend był leniwy, przechodzony w szarej bluzie i legginsach, z R. u boku (a raczej siedzącym przed Play Station). Przejmowaliśmy się atakiem z innej planety ("ale nic ci nie zrobi, prawda?"), próbowaliśmy różnych opcji budowania ("- potem wybuduję, powiedzmy, siedem espionage probe. - to dlaczego kliknąłeś teraz? - jak to? przecież to miało być na próbę... JAK TO SIĘ COFA"), jedliśmy same straszne rzeczy, czyli sunbites i pizzę, ale popijaliśmy zdrowymi sokami (a przynajmniej zdrowszymi niż banalna cola) i spaliśmy do 11.
I, co zaskakujące, całkiem podobała mi się taka forma spędzania czasu.
A za tydzień powrócą myśli o studiach, o kursie, gdzie 9 osób na 14 jest z drugiego stopnia, i o reszcie nieprzyjemnych rzeczy. Spędzę semestr na siłowni, chociaż miało być pilates, mam dwa kursy tłumaczeniowe, co jest niezgodne z regulaminem oraz będę słuchać o filozofii raz w tygodniu. Po polsku, na anglistyce.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz